Recenzja książki Doktor No - James Bond

Doktor No to solidna porcja oldschoolowej literatury wagonowej; prosta fabuła, napisana nieskomplikowanym językiem, z jasno zarysowanymi zwrotami akcji i archetypowymi postaciami. Tak jak dawniej świetnie mogła się sprawdzać jako łatwy czasoumilacz, kilkugodzinnej, kolejowej podróży, tak i teraz znajdzie odbiorców w współczesnej rzeczywistości – zabieganej, szybkiej, z ludźmi nie mającymi czasu na zgłębianie ambitnej książki, a jednak chcącymi mieć kontakt z literaturą „jako taką”.

James Bond to postać wyjątkowa. Bohater 26 filmów akcji, nagranych na przestrzeni 57 lat, grany przez siedmiu aktorów, znany jest dzisiaj każdemu. Wielość twarzy odtwórców głównej roli w żaden sposób nie rozmyła kultowej tożsamości Agenta 007, która bez względu na odsłonę, jest zawsze tą samą osobą. Można powiedzieć, że w popkulturze ogółem, popularność kinematograficznego portfolio Jamesa Bonda nieco przyćmiła tą pierwotną, książkową część opowieści, autorstwa Ian’a Fleminga – twórcy kultowego bohatera. 

Emerytowany agent Brytyjskiego wywiadu, w chwili zasiadania do pisania szóstej z kolei książki o Agencie 007, lekcje z dramaturgicznego rzemiosła miał już dobrze odrobione. Doktor No zgrabnie przeprowadza nas przez pełną intryg przygodę Jamesa Bonda. Ten, odesłany na Jamajkę, celem wyjaśnienia zaginięcia jednego z agentów brytyjskiego wywiadu, szybko wpada w ciąg nieoczekiwanych i niebezpiecznych zdarzeń. Finalnie spychających go wprost w mechaniczne szpony szalonego naukowca, pełnego sadyzmu, megalomanii i nienawiści do świata zachodniego.

Sean Connery na pierwszym planie, za nim plaża i Honey z filmu Doktor No

Doktor No - James Bond zawsze dobry

Schematyczny, bardzo nieskomplikowany sposób poprowadzenia fabuły Doktora No, to ta z mocniejszych stron książki Ian’a Fleminga. Poruszające się w niej postacie, także schematyczne, ale i wyraziste, z wyjątkowym Jamesem Bondem na czele, dobrze wpisują się w przedstawianą historię. Przymykając oko na drobne niekonsekwencje w ich zachowaniu czy fabularne uproszczenia i zabiegi typu deus ex machina, dostajemy solidny kawał prostej literatury rozrywkowej. Zbudowana na zasadzie absolutnych przeciwieństw; typu: Bond – No, dobry – zły; pozwala zagłębić się w historię bez konieczności odbywania głębokiej refleksji nad pobudkami bohaterów. Książka także utrzymana jest w lekkim tonie i mimo, że zawiera momenty mało optymistyczne (jak śmierć Quarrela w płomieniach), to nie uświadczymy tu zbyt dużych pokładów patosu i całość czyta się bardzo pogodnie. Także zwroty akcji wykonane są z odpowiednią dozą dramaturgii; mimo, że końcowy triumf Bonda nie jest dużą niespodzianką, to obserwowanie kunsztu agenta wywiadu i tego, w jaki sposób pokonuje kolejne wyzwania, potrafi wciągnąć niespodziewanie mocno.

Bujna wyobraźnia, osobiste doświadczenia Fleminga czy opowieści kolegów po fachu – bez znaczenia jest co było prawdziwym motorem napędowym w machinie tworzącej kolejne historie agenta 007. Bez względu na pochodzenie pomysłu na fabułę Doktora No, można być pewnym, że sięgając po tę pozycję, uświadczymy prostej historii; napisanej przy użyciu słownictwa, któremu daleko do wysublimowanej erudycji; a jednocześnie wciągającej i pozwalającej czerpać pełnię przyjemności z czytania, bez względu czy korzystamy z wolnych pięciu minut podczas jazdy tramwajem, drugą ręką mieszamy zupę na gazie, czy ogarnięci jesteśmy niezmąconym spokojem w ciszy domowego salonu. Doktor No to solidny kawał twórczości Iana Fleminga. Twórczości przystępnej, prostej i wciągającej – nadającej się na każdą okoliczność, nawet dla tych mniej intensywnych czytelników.